4.Moja przygoda w Świecie Magii

    Wiecie, czy nie wiecie, jestem WIELKĄ fanką Harrego Pottera. W sumie od tego zaczęło się wszystko. Cała przygoda z ŚM. To dziwne, ale nie wyobrażam sobie swojego życia bez tego pokręconego świata, jaki odkryłam oraz ludzi, których w nim znalazłam. Wszystko jest świetne.
    Zaczęło się to pewnego wieczoru... nie, nic nie przeniosło mnie do Hogwartu? Tym razem to nie jest fikcja literacka,wszystko działo się naprawdę.
    Więc, wiem, że nie zaczyna się zdania od więc, tym razem jednak musicie mi wybaczyć. Więc, tak naprawdę nie pamiętam kiedy to dokładnie było, po szkole, to na pewno. Robiłam sobie Quizy, o Harrym Potterze, oczywiście, i kiedy rozwiązałam jeden z nich wyskoczyło mi zaproszenie do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Winsford. To był szok dla mnie, do tej pory spotykałam się jedynie z forami, a taka forma nie za bardzo mnie satysfakcjonowała, ale tu... Tu jest prawdziwy Chat i można na bieżąco rozmawiać z ludźmi, którzy są całkowicie od siebie różni i łączy ich fascynacja Harry Potterem. Są lekcje, zabawy, konkursy, olimpiady, nagrody, domy, punkty. Zachłysnęłam się tym światem. A ludzie których poznałam... Nie da się tego nawet opisać. To niesamowite jak wiele tematów można znaleźć jeśli się chce.
    Rozmawiamy o wszystkim, książkach, filmach, muzyce, zabawach, codzienności, nudzie, szkole...
To wszystko jest magiczne... Zresztą nie da się tego właściwie opisać, to trzeba zobaczyć. Trzeba to przeżyć. To tam pokochałam Numerologie, nigdy bym się nie spodziewała. Poznałam tam naprawdę prawdziwych przyjaciół i ludzi z którymi zawsze mogę porozmawiać. Tego też się nie spodziewałam, jeśli mam być szczera.

   Pamiętam, że byłam nieśmiała na początku, wiadomo to był całkowicie nowy świat, który całą mnie pochłonął. Znalazłam tam miejsce dla moich telnetów, prawie wszystkich, kto by się spodziewał nie? Kilka razy nawet wygrałam jakieś konkursy, nie chodziło w nich o wiedzę, bo tej jeszcze nie posiadam za dużej, chodziło o wiersz i rysunek. Udało mi się, bardzo się cieszyłam z tego powodu. A co mi tam wstawię wam ten wiersz tu.

Tutaj mandragora wrzaśnie
Tam Pykostrąk głośno trzaśnie
Trzepotka się mocno zatrzęsie
Gryząca Cebula wnet pęknie

Raz wpadłam w zielone sidła
Chciały przerobić mnie na powidła
To się źle mogło skończyć
Musiałam ziele wykończyć

Roztrzaskałam je na części
Mimo moich dobrych chęci
Trochę może przesadziłam
Fruwokwiata się pozbyłam

O Zielarstwie, jeśli ktoś się nie zorientował. Chce zaprosić wszystkich bardzo serdecznie do Winsford! To naprawdę świetna zabawa. http://www.winsford.xaa.pl/index.php


3.Opowieści z dzieciństwa.

 
  Nie wiem czy tylko ja tak mam, ale moje wspomnienia z dzieciństwa są niejako zniekształcone,  Pamiętam coś, zdawałoby się bardzo wyraźnie, a później, ktoś z rodziny o tym opowiada i jest to całkiem inne od tego, co pamiętam ja, Czasem wolę zachować moje wspomnienia, czasem wiem, że moje są wymyślone, a czasem w ogóle ich nie pamiętam, ale mój mózg niejako przyswoił je jako moje wspomnienie, mimo, iż znam określone wydarzenie jedynie z opowieści innych.
   Pierwsza z takich historii wspominana jest przez wszystkich z sentymentem, pobłażliwym uśmiechem i radością, jeśli takie połączenie jest możliwe. Mnie osobiście ona nieco zawstydza, ale śmieję się z innym, bo cóż innego mogłabym robić. Jest krótka, właściwie to taki świąteczny epizod, wspominany co roku. Prawie tradycja. Myślę, że będę ją opowiadała moim dzieciom, jeśli będę miała taką sposobność. Rzecz dzieje się w Boże Narodzenie, lub kilka dni po. Jestem mała, na tyle mała, że nie pamiętam tego wydarzenia, pamiętam przedmioty, które wtedy mi towarzyszyły, ale nie momenty.Pewnie dlatego, że chociaż nie wiem jak byśmy tego chcieli, nie możemy zatrzymać czasu, pozostają nam przedmioty, wspomnienia, ale ja jak już mówiłam, nie mam tego wspomnienia. Myślę, że to dobrze, bo byłam wtedy raczej rozgoryczona i zła, jeśli dziecko w ogóle umie rozróżnić te dwa uczucia. Moja mam zaczyna tą opowieść tak.
-A pamiętasz jak chciałaś wyprowadzić się do Ciepłych Krajów?- Obie znamy tą historię, ale obie czerpiemy przyjemność z słuchania jej w kółko. Patrze na nią z uśmiechem i mówię.
-Tak.-Chociaż nie pamiętam, myślę, że ona cieszy się, że mamy takie wspomnienie i możemy się cieszyć razem. Zazwyczaj jest nas więcej, niż tylko my dwie i tata, i moje rodzeństwo, może kuzynowie lub ciotki z wujami.
-Nie pamiętam już, o co chodziło, ale na dworze było już ciemno.- W sumie to była już noc.-Bardzo się zdenerwowała, ale ona zawsze była nerwusem.- Chociaż wiem, że mama tego nie chce, brzmi to jak oskarżenie i tak to odczuwam. Nie chcę psuć nastroju opowieści, ale ona dla mnie już to zrobiła, mówi o mnie w trzeciej osobie, wsuwając do naszej opowieści innych, nie świadków, słuchaczy, obcych.- Była w piżamach, założyła swoje bambosze.- Zawsze miałam sentyment do bamboszy, byłam w nich sumermenką, zapewniały dom, poczucie bezpieczeństwa.- Wzięła torebkę jednorazową, spakowała do niej  sukienkę i wyszła.- Cóż już wtedy objawiłam w sobie pewien melodramatyzm.- Obserwowaliśmy ją przez okno, miałam nadzieję, że zaraz wróci, ale ona szła dalej, w końcu ******* po nią wyszedł.- Wolę zachować anonimowość i nie wymyślać bezczeszczących moje wspomnienia imion dla moich rodziców. Tu zawsze patrzy na mnie ze źle ukrytym smutkiem. Wypełnia mnie poczucie winy, że nie jestem taka, jaką chciała, żebym była. Kocham ją i dom, ale Ona nigdy nie wybaczy mi mojej niezależności, potrzeby wolności. Po prostu nie którzy nie rozumieją, że muszę czasem iść bez sensu, przed siebie, żeby złożyć się na nowo. Dla nich tak nie rozwiązuje się problemów. Tata dogania mnie. W sumie wersje są różne, raz biegnie mama raz tata, a innym razem, razem. To nie ważne.
-Gdzie idziesz?- Pyta, tu opowieść ma punkt kulminacyjny, te słowa zawsze brzmią tak sam.
-Patrzy z powagą na mnie i mówi. "Do ciepłych krajów". Musiałem siłą zanieść ją do domu.- Na początku to wywoływało śmiech, teraz tylko uśmiech, wszyscy zerkają na mnie, ja uśmiecham się z nimi.- Tak jej już zostało.- Tu następuje lista moich innych wybryków, już nie z dzieciństwa, a z nastoletniego życia. Jestem zła, bo to ja wtedy odczuwał wstyd, a tak nie powinno być, to oni powinni się wstydzić, że zmusili mnie do ucieczki.
   Następne wspomnienie nim nie jest, znaczy się ja to pamiętam, jakby to było wczoraj, ale wydarzenia które teraz opisze prawdopodobnie nigdy nie miały miejsca.
   Byłam mała, miałam małe nóżki i bałam się schodzić ze schodów. Skakałam z nich, żeby szybciej stanąć na ziemi, jeśli już tam byłam, nie było problemu. Jak każde dziecko chyba chciałam sprawdzić ile schodków przeskoczę na raz i wiecie co? Moje stopy nie dotknęły ponownie ziemi. Skoczyłam z samego szczytu i przeleciałam nad nimi, poleciałam. Tak naprawdę. Jakby prawa grawitacji nie istniały. Wiem to nie realne, ale ja pamiętam, jak leciałam nad domami i nikt mnie nie widział, leciałam nad domem koleżanek, a one nie zdawały sobie sprawy, że doświadczam czegoś czego one nigdy nie będą mogły. To było niesamowite i ironiczne, bo teraźniejsza ja ma lęk wysokości. Sądzę, że to najlepsze czego doświadczyłam.
   Teraz moje wspomnienie, krótkie i bez komentarzy. Kiedy byłam mała bałam się nie zasnąć przed północą. Północ to noc duchów, bałam się, że stanie mi się coś złego. Jeśli jeszcze nie spałam, nie wychylałam głowy znad kołdry, to było zakazane. Nie wiem, kiedy mi przeszło, ale pamiętam autentyczny strach.
   To kolejne wspomnienie  należy do mojej mamy, jest urocze. Mówiła, że musiała wyłączać telewizor przed dziesiątą, kiedy byłam mała, bo wstawałam i chciałam oglądać kuleczki. Chodziło oczywiście o totolotka. To w jakiś sposób mnie rozczula, jest dobre.
   Najgorsze wspomnienie z dzieciństwa jakie mam nie dotyczy nawet mnie, raczej mojej bezsilności, nie wiem, czy jest prawdziwe, czy go nie wyolbrzymiłam. Mam nadzieję, że połowa z tego nigdy nie miała miejsca. Byłam u koleżanki, bawiłyśmy się na rowie, przyszedł do nas jej młodszy, o dwa lata, sąsiad. Jadłyśmy ser, zwykły żółty ser. Trudno mi o tym pisać. Ona go tak upokorzyła, a ja nie zrobiłam nic. NIC. Pamiętam siebie, że tam byłam, ale nic więcej, żadnych moich działań, tylko jego, spytał, czy może się poczęstować. Nie pamiętam dokładnie. Wiem, że go biła, kazała mu błagać? Nie wiem, wiem, że to było podłe. Nigdy nie chciałam robić niczego takiego. Płakał. Nie wiem czy to wszystko prawda, czy po prostu go wyśmiała i kazała spadać, a ja wyolbrzymiam to, bo czułam poczucie winy, że nic nie zrobiłam. Nie chcę o tym myśleć.
   To wspomnienie odebrało mi chęć na dalsze wspomnienia. Dzieci potrafią być takie podłe. Dziwi mnie jednak to, że gorszym wspomnieniem dla mnie jest znęcanie się nad kimś niż nade mną, a często mi dokuczano. Nie jestem tak dobrym człowiekiem jakbym chciała być.

2. Co jest ze mną nie tak?



Powiedzcie co jest ze mną nie tak? Uwielbiam Harrego Pottera, mam milion zawieszonych hobby do których wracam czasami. Kocham czytać! Naprawdę! Udzielam się w szkole, nie na płaszczyźnie naukowej, ale ktoś musi robić dekoracje na wszystkie okazje. Uwielbiam fantastykę i wierzę we wszystko. Wszystko. Uwielbiam mówić, rzeczy kompletnie baz sensu i to chyba dlatego nie wpasowuję się w rodzinę. Nie zrozumcie mnie źle, kocham swój charakter, ale przysparza mi on tyle trudności. Nie myślcie sobie wcale, że jestem niemiła, albo coś w tym stylu. Bardziej pasowało by do mnie pojęcie, samotniczka. Moi rodzice nie rozumieją, że nie lubię tłoku. Imprezy są fajne, ale ile można, wolę przyjęcia w kameralnym gronie. Wszyscy w mojej rodzinie stąpają twardo po ziemi, lubią rozmawiać i są otwarci na innych ludzi. Może oprócz mojej siostry, bo ona też ma wyobraźnie, ale jakoś i tak się wpasowuje i o ile moja wyobraźnia żenuje rodziców, to jej jest urocza i zabawna, według nich. Ja mimo, iż raczej nie przejmuję się swoją opinią, nie lubię brać aktywnego udziału w tworzeniu przyjaźni. Sama się za to nie lubię, jeśli mam być szczera. Swoją pierwszą przyjaciółkę, poznałam kiedy byłam w drugiej klasie gimnazjum. Była taka jak ja. Czytała książki, nie miała przyjaciół, szybko znalazłyśmy wspólny język, ale teraz jesteśmy w innych szkołach. Nie przeszkadza mi jeśli nie rozmawiamy od dłuższego czasu, szczególnie, że ona rozkwitła a ja zostałam tak sama. Ma wielu nowych znajomych i ciężko mi słuchać o tym co razem robili. Z pewnych przyczyn nie możemy się często spotykać. Czasem chciałabym być taka jak ona. Kiedy już się spotkamy, jest tak, jakbyśmy widywały się codziennie. W naszym spotkaniu jest tylko jeden smutny punkt. Pyta o to co się u mnie działo, zazwyczaj to ona opowiada. Nie satysfakcjonuje jej odpowiedź "nic", chociaż to prawda. To męczące. W tej szkole też mam przyjaciółkę. Ona jest inna, nie oczekuje ode mnie, że będę wydzwaniała do niej i w kółko esemesowała.  Kocham ją, na płaszczyźnie zwykłej przyjaźni.
                Rodzice mnie kochają wiem o tym, chociaż ja czasem mam ich dosyć. Mówię coś zabawnego, coś abstrakcyjnego, magicznego dla mnie. Czasem mówię nawet moje marzenia, plany na przyszłość. A mama patrzy tylko na mnie i mówi. :"Ty sie czasami sama posłuchaj, jakie ty głupoty gadasz." No co to ma być ja się pytam! Wsparcia jakiegoś potrzebuję! Najgorsze jest to, że to co dla mnie jest ważne, co jest moim priorytetem, dla niej to bzdury. Wiąże przyszłość z pisaniem, wiem, że musze skończyć szkołę, że nigdy nie osiągnę perfekcji, ale boję się o tym powiedzieć głośno. Boję się odtrącenia. Jestem najstarsza, od zawsze żyłam z odpowiedzialnością za młodsze rodzeństwo i o ile mój brat jest trochę ponad rok ode mnie młodszy, to moja siostra zabierała w młodości cały mój czas. Ciężko mi teraz patrząc na to, że kiedyś uważała mnie za autorytet, że robiła to co ja, a teraz ma mnie za takiego samego odmieńca jak cała reszta rodziny. Nie rozumieją mnie, nie potrafią przyjąć do wiadomości, że nie potrzebuję do szczęścia chłopaka, imprez i masy znajomych. Nie rozumieją, że o wiele bardziej wolę pisać w domu, niż tułać się po dworze ze znajomymi. Nie oczekują ode mnie zbyt wiele i to też boli. Jakby nie mieli we mnie wiary, jakby się bali, że jeśli okażą swoje poparcie a mi się nie uda, będę miała poczucie, że ich zawiodłam. Czasem chciałabym ich zawieść, ale nie można zawieść kogoś, kto nie ma wobec ciebie żadnych oczekiwań. Jasne wymagają ode mnie moralność, ale jej to akurat sama od siebie wymagam. Nie pytają mnie o nic, tata się nie wtrąca. Z moim tatą to w ogóle jest napięta sytuacja. Mama wyjeżdża do pracy za granicę zostawiając dom jemu. Mówiąc jemu mam na myśli siebie. Nie mam zbyt wiele wspomnień z dzieciństwa i kiedy krzyczałam mu w twarz, że kiedyś był inny, tak naprawdę tego nie pamiętałam. Tak naprawdę nie chcę o tym mówić, teraz jest lepiej, tata bierze leki, ale czasem ta złość na niego mi się przypomina i nie jest łatwo. Najbardziej kocham moje rodzeństwo. Brata, chociaż jest nieznośny, to nie wtrąca się i nie budzi mojej zazdrości. Siostrę, bo potrafi mnie rozbawić zawsze. Czuje się, źle z tym, że zazdroszczę młodszej o sześć lat siostrze, ale tak jest. Wpasowuje się w rodzinę, nie boi się rozmawiać, jest ładna. Nie macie pojęcia jak ciężko jest o niej słuchać z ust rodziny, nawet dalszej. Ona to... Ona tamto... Zawsze to ona jest tematem. Mnie nikt nie widzi, ale czy nie tego chciałam?
                Często zadaję sobie te pytania, często zastawiam się, czy stanę się odważniejsza. Marzę o tym, żeby wreszcie wydostać się z domu i iść na studia. To moja jedyna nadzieja.
                Rodzina, nie rozumie mnie ani trochę, pozwalają mi robić co chcę a jednocześnie mnie ograniczają, dla nich istnieje tylko "Tak" i "Nie". Jeśli się na coś nie zgadzają nie zmienisz tego, chyba, że zaczniesz wojnę. Już jako mała dziewczynka uciekałam z domu. Chociaż uciekałam to za dużo powiedziane, pozwalałam im myśleć, że uciekłam, tak naprawdę chowałam się w pobliżu. Czasem żałuję, że tylko na tyle było mnie stać. Mama obraca to teraz w żart, ale mi się chce tylko płakać.
                Moje najgorsze wspomnienie? One wbrew moim nadzieją wcale nie wiążą się z tatą, może to dlatego, że nigdy nie oczekiwałam od niego aprobaty. Jasne otacza go, mierny już, autorytet, ale to matka jest przyczyną złych wspomnień. Nigdy nie zapomnę, jak przed ciężkim egzaminem z rachunkowości miałam dość, a ona powiedziała do mnie." Nie przejmuj się, myślałam, że i tak nie poradzisz sobie w tej szkole." To tak bolało. Boli do dzisiaj.
                 Fakt dla mojego umysłu ekonomia to niezbyt dobry wybór, ale pisze w  tym roku maturę i  jakoś staram się wyrwać z kręgu liczb, do kręgu słów. Będzie mnie to trochę kosztować, ale w domu nikogo to nie obchodzi. Czasem sama nie wiem czego ode mnie chcą. Wiem na pewno, że nie wymagają ode mnie zbyt wiele, również ze względu na mnie, przeze mnie. Kiedy taty... choroba się nasiliła i nie radziłam sobie z sytuacja, zaczęłam miewać ataki paniki. Ja sama wiem, że prawdziwe były może dwa, ale to był świetny sposób, żeby zatrzymać tatę w domu, nawet jeśli właśnie miał... atak. Kiedy mama była w domu nie chorował. Myślę, że teraz nie chcą mnie stresować, cóż sama jestem sobie winna.
                Nienawidzę mówić o sobie ludziom, bo wiem jak będą na mnie patrzeć, nie dość, że jestem aspołeczna to jeszcze mam kilka fobii. Lęk wysokości, nie mam pojęcia skąd się wziął, wiem natomiast, że boję się zejść z krzesła, kiedy na nim stanę. Wiem za to skąd się wzięła klaustrofobia. To było w czwartej klasie podstawówki, chłopcy z klasy zamknęli mnie w skrzyni i usiedli na wieku. Nie powiedziałam o tym nikomu. Pamiętam, że kiedy byłam mała chciałam znaleźć przyjaciółki, ale wszystkie po jakimś czasie mnie zawodziły, więc przestałam szukać.
                Nie wiem co chciałam przekazać, może tylko potrzebowałam się wygadać. Może umiem tylko sklecać bezsensowne zdania, może nic nie umiem. Może nie umiem żyć w tych czasach, może życie mnie przerasta, ale jedno wiem na pewno, jakie by one nie było nie zrezygnuję z niego, bo to nawet dla mnie zbyt duże tchórzostwo. 
                Świat w mojej głowie wygląda jak kolorowa bajka i w niej wolę być, na zewnątrz jest tylko ziąb, złość i smutek. Z różowymi plamami radości i szczęścia, ale nadal to tylko plamy. Dziękuję Bogu za dobre filmy i książki, za ucieczkę, bez ruszania się z domu.
                Zaczęłam czytać niedawno zbiór felietonów zebranych w jednej książce, znalazłam tam zdanie, które motywuje mnie do dziś. Nic nie muszę: mogę. Za to jestem wdzięczna. 





1.Królowa Żałość



         Czas na moje koszmary ubarwione prze zemnie szczęśliwym zakończeniem.      






                  W naszym świecie od bardzo dawna panowała Żałość, była to królowa o wiele okropniejsza niż możecie sobie wyobrazić, bo nie można było jej pokonać, nie jak normalnie pokonywało się złych władców w opowieściach. Zabierała ludziom całą ich energię, pozostawiając ich szarych i zniszczonych.  W naszym świecie, rzadko rodziły się dzieci. Ludzie nie widzieli sensu, nie czerpali przyjemności, nie śmiali się i niemal nie oddychali. Wszyscy mieli chorowitą poszarzałą cerę, lekko tłuste mysie włosy i obojętne wyrazy twarzy. Chodzili w kółko powłócząc nogami i wykonując dzień w dzień te same rutynowe czynności. Jeśli już rozmawiali, to tylko i wyłącznie na trzy tematy.
Pierwszy: Pogoda. Równie szara jak wszystko wokół. Nie padało, nie wiało, szare chmury nigdy nie odkrywały nieba i słońca, temperatura się nie zmieniała, dlatego, nie można było zbyt długo o niej rozmawiać.
Drugi: Zaginieni ludzie. Jeśli już chcecie wiedzieć, choć to okropny temat powiem wam. Ludzie nie reagowali, gdy ktoś znikał, choć dokładnie wiedzieli, że już się nie pojawi. Nic bez energii nie może istnieć, to podstawa naszego jestestwa. Ten temat ograniczał się do kilku słów. Oczywistego zauważenia czyjejś nieobecności, monosylabistycznego potwierdzenia faktu. Nic mniej nic więcej. Sucha rzeczywistość.
Trzeci: Piękno królowej. Tak, niezaprzeczalnie była ona piękna i równie okrutna. Ten temat był częsty i mimo, iż te same zdania powtarzane były w kółko w krótkich odstępach czasu, trwał długo. Tak, królowa zaiste była potężną czarownicą.  Kiedy jeszcze nie opanowała świata, chodziły pogłoski, że sama rzuciła taki czar, by rozmawiano o niej, podobno uwielbiała słuchać pochwał na swój temat.
                Co do samej królowej, na pewno znacie takie osoby, no nie do końca z tak morderczymi hobby, ale charyzmatyczne, piękne i samolubne. Z miłym uśmiechem gotowe w każdej chwili wbić wam nuż w plecy. Królowa zapewne mogłaby przeżyć bez ludzkiej energii, ale jej serce było tak zepsute, że gdy zaczynała jadła ją z czystego wewnętrznego sadyzmu, zmienił się on jednak szybko w uzależnienie. Każda emocja miała inną energię, inny kolor. Złe emocje zabarwiły jedno oko królowej na zimny niebieski kolor a dobre, te gwałtowne i wspaniałe sprawiły, że jej drugie oko było czerwone. Nikt nigdy nie opowiadał o "żywieniu" królowej. Ale energia wbrew oczekiwaniom była kleista i płynna. Mieniąca się kolorami krew duszy.
                Królowa zaczęła słabnąć po stu latach swojego panowania, zamieniała wszystkie emocje na swoją żałość, nic więc dziwnego, że w końcu i sama żałość została jej do odebrania. To była okropna energia, destrukcyjna. Królowa była jednak zbyt chciwa, żeby ją zostawić w spokoju. Ludzie nawet nie reagowali, zamknięcie w swojej skorupie żałości. W końcu nie zostało nic do odebrania. Pusty świat z głodną królową. Nie było nic. Garstka ludzi, którzy przetrwali zbyt niesmaczni by mogła na nich spojrzeć. Królowa zaczęła słabnąć, miotać się i szaleństwo zaczęło opanowywać jej umysł. Wertowała księgi magiczne w poszukiwaniu rozwiązania. Nie rodziły się dzieci, więc nie mogła ich pożreć. Nie myślała nawet by oddawać energię pożądania. To była już jej energii, a przynajmniej tak myślała. Wkrótce znalazła rozwiązanie. Wybrała młodego chłopca, najzdrowszego jakiego znalazła i młodą dziewczynę. Napoiła ich eliksirami, opanowała ich umysł klątwami, a sama coraz bardziej słabła.
                Dziecko, chłopiec, zdrowy, radosny i wkrótce martwy. Nie czekała na nic zabrała go, kiedy tylko zdążył zaznać dość emocji by mogła je zjeść. W swej pysze zaklęła go by odczuwał je jeszcze bardziej. Zaczęła jeść. Jadła... Jadła i jadła. Nie mogła oderwać swych dłoni od skroni chłopca, mimo, iż całe jej ręce skąpane były w jego energii. Nie nadążała jej połykać. Nawet ona miała limity, niestety, nie znała ich. Energii było zbyt dużo, zbyt dużo by ktokolwiek mógł ją połknąć. Ale ona jej pragnęła, więc umarła. Jej śmierć, była nawet dla niej oczywista, ale nic z tym nie mogła zrobić. Cała energia, którą połknęła, cała energia, której nie zdążyła przetrawić z bólem zaczęła wychodzić z jej ciała. Świat nagle opanowała tak radosna, chaotyczna kakofonia dźwięków, że nie jestem w stanie jej opisać. Energia wróciła do ludzi. Żałość odeszła. Zabierając ze sobą wcześniej zbyt wiele istnień, zabierając z sobą małego chłopca, wytwór jej szaleństwa. Świat znów był wolny. Bo wszystko ma kiedyś koniec i kiedyś początek. Wszystko przeplata się z sobą i nic się niczego nie trzyma. Nie warto tego roztrząsać. Warto być. Warto żyć.