2. Co jest ze mną nie tak?



Powiedzcie co jest ze mną nie tak? Uwielbiam Harrego Pottera, mam milion zawieszonych hobby do których wracam czasami. Kocham czytać! Naprawdę! Udzielam się w szkole, nie na płaszczyźnie naukowej, ale ktoś musi robić dekoracje na wszystkie okazje. Uwielbiam fantastykę i wierzę we wszystko. Wszystko. Uwielbiam mówić, rzeczy kompletnie baz sensu i to chyba dlatego nie wpasowuję się w rodzinę. Nie zrozumcie mnie źle, kocham swój charakter, ale przysparza mi on tyle trudności. Nie myślcie sobie wcale, że jestem niemiła, albo coś w tym stylu. Bardziej pasowało by do mnie pojęcie, samotniczka. Moi rodzice nie rozumieją, że nie lubię tłoku. Imprezy są fajne, ale ile można, wolę przyjęcia w kameralnym gronie. Wszyscy w mojej rodzinie stąpają twardo po ziemi, lubią rozmawiać i są otwarci na innych ludzi. Może oprócz mojej siostry, bo ona też ma wyobraźnie, ale jakoś i tak się wpasowuje i o ile moja wyobraźnia żenuje rodziców, to jej jest urocza i zabawna, według nich. Ja mimo, iż raczej nie przejmuję się swoją opinią, nie lubię brać aktywnego udziału w tworzeniu przyjaźni. Sama się za to nie lubię, jeśli mam być szczera. Swoją pierwszą przyjaciółkę, poznałam kiedy byłam w drugiej klasie gimnazjum. Była taka jak ja. Czytała książki, nie miała przyjaciół, szybko znalazłyśmy wspólny język, ale teraz jesteśmy w innych szkołach. Nie przeszkadza mi jeśli nie rozmawiamy od dłuższego czasu, szczególnie, że ona rozkwitła a ja zostałam tak sama. Ma wielu nowych znajomych i ciężko mi słuchać o tym co razem robili. Z pewnych przyczyn nie możemy się często spotykać. Czasem chciałabym być taka jak ona. Kiedy już się spotkamy, jest tak, jakbyśmy widywały się codziennie. W naszym spotkaniu jest tylko jeden smutny punkt. Pyta o to co się u mnie działo, zazwyczaj to ona opowiada. Nie satysfakcjonuje jej odpowiedź "nic", chociaż to prawda. To męczące. W tej szkole też mam przyjaciółkę. Ona jest inna, nie oczekuje ode mnie, że będę wydzwaniała do niej i w kółko esemesowała.  Kocham ją, na płaszczyźnie zwykłej przyjaźni.
                Rodzice mnie kochają wiem o tym, chociaż ja czasem mam ich dosyć. Mówię coś zabawnego, coś abstrakcyjnego, magicznego dla mnie. Czasem mówię nawet moje marzenia, plany na przyszłość. A mama patrzy tylko na mnie i mówi. :"Ty sie czasami sama posłuchaj, jakie ty głupoty gadasz." No co to ma być ja się pytam! Wsparcia jakiegoś potrzebuję! Najgorsze jest to, że to co dla mnie jest ważne, co jest moim priorytetem, dla niej to bzdury. Wiąże przyszłość z pisaniem, wiem, że musze skończyć szkołę, że nigdy nie osiągnę perfekcji, ale boję się o tym powiedzieć głośno. Boję się odtrącenia. Jestem najstarsza, od zawsze żyłam z odpowiedzialnością za młodsze rodzeństwo i o ile mój brat jest trochę ponad rok ode mnie młodszy, to moja siostra zabierała w młodości cały mój czas. Ciężko mi teraz patrząc na to, że kiedyś uważała mnie za autorytet, że robiła to co ja, a teraz ma mnie za takiego samego odmieńca jak cała reszta rodziny. Nie rozumieją mnie, nie potrafią przyjąć do wiadomości, że nie potrzebuję do szczęścia chłopaka, imprez i masy znajomych. Nie rozumieją, że o wiele bardziej wolę pisać w domu, niż tułać się po dworze ze znajomymi. Nie oczekują ode mnie zbyt wiele i to też boli. Jakby nie mieli we mnie wiary, jakby się bali, że jeśli okażą swoje poparcie a mi się nie uda, będę miała poczucie, że ich zawiodłam. Czasem chciałabym ich zawieść, ale nie można zawieść kogoś, kto nie ma wobec ciebie żadnych oczekiwań. Jasne wymagają ode mnie moralność, ale jej to akurat sama od siebie wymagam. Nie pytają mnie o nic, tata się nie wtrąca. Z moim tatą to w ogóle jest napięta sytuacja. Mama wyjeżdża do pracy za granicę zostawiając dom jemu. Mówiąc jemu mam na myśli siebie. Nie mam zbyt wiele wspomnień z dzieciństwa i kiedy krzyczałam mu w twarz, że kiedyś był inny, tak naprawdę tego nie pamiętałam. Tak naprawdę nie chcę o tym mówić, teraz jest lepiej, tata bierze leki, ale czasem ta złość na niego mi się przypomina i nie jest łatwo. Najbardziej kocham moje rodzeństwo. Brata, chociaż jest nieznośny, to nie wtrąca się i nie budzi mojej zazdrości. Siostrę, bo potrafi mnie rozbawić zawsze. Czuje się, źle z tym, że zazdroszczę młodszej o sześć lat siostrze, ale tak jest. Wpasowuje się w rodzinę, nie boi się rozmawiać, jest ładna. Nie macie pojęcia jak ciężko jest o niej słuchać z ust rodziny, nawet dalszej. Ona to... Ona tamto... Zawsze to ona jest tematem. Mnie nikt nie widzi, ale czy nie tego chciałam?
                Często zadaję sobie te pytania, często zastawiam się, czy stanę się odważniejsza. Marzę o tym, żeby wreszcie wydostać się z domu i iść na studia. To moja jedyna nadzieja.
                Rodzina, nie rozumie mnie ani trochę, pozwalają mi robić co chcę a jednocześnie mnie ograniczają, dla nich istnieje tylko "Tak" i "Nie". Jeśli się na coś nie zgadzają nie zmienisz tego, chyba, że zaczniesz wojnę. Już jako mała dziewczynka uciekałam z domu. Chociaż uciekałam to za dużo powiedziane, pozwalałam im myśleć, że uciekłam, tak naprawdę chowałam się w pobliżu. Czasem żałuję, że tylko na tyle było mnie stać. Mama obraca to teraz w żart, ale mi się chce tylko płakać.
                Moje najgorsze wspomnienie? One wbrew moim nadzieją wcale nie wiążą się z tatą, może to dlatego, że nigdy nie oczekiwałam od niego aprobaty. Jasne otacza go, mierny już, autorytet, ale to matka jest przyczyną złych wspomnień. Nigdy nie zapomnę, jak przed ciężkim egzaminem z rachunkowości miałam dość, a ona powiedziała do mnie." Nie przejmuj się, myślałam, że i tak nie poradzisz sobie w tej szkole." To tak bolało. Boli do dzisiaj.
                 Fakt dla mojego umysłu ekonomia to niezbyt dobry wybór, ale pisze w  tym roku maturę i  jakoś staram się wyrwać z kręgu liczb, do kręgu słów. Będzie mnie to trochę kosztować, ale w domu nikogo to nie obchodzi. Czasem sama nie wiem czego ode mnie chcą. Wiem na pewno, że nie wymagają ode mnie zbyt wiele, również ze względu na mnie, przeze mnie. Kiedy taty... choroba się nasiliła i nie radziłam sobie z sytuacja, zaczęłam miewać ataki paniki. Ja sama wiem, że prawdziwe były może dwa, ale to był świetny sposób, żeby zatrzymać tatę w domu, nawet jeśli właśnie miał... atak. Kiedy mama była w domu nie chorował. Myślę, że teraz nie chcą mnie stresować, cóż sama jestem sobie winna.
                Nienawidzę mówić o sobie ludziom, bo wiem jak będą na mnie patrzeć, nie dość, że jestem aspołeczna to jeszcze mam kilka fobii. Lęk wysokości, nie mam pojęcia skąd się wziął, wiem natomiast, że boję się zejść z krzesła, kiedy na nim stanę. Wiem za to skąd się wzięła klaustrofobia. To było w czwartej klasie podstawówki, chłopcy z klasy zamknęli mnie w skrzyni i usiedli na wieku. Nie powiedziałam o tym nikomu. Pamiętam, że kiedy byłam mała chciałam znaleźć przyjaciółki, ale wszystkie po jakimś czasie mnie zawodziły, więc przestałam szukać.
                Nie wiem co chciałam przekazać, może tylko potrzebowałam się wygadać. Może umiem tylko sklecać bezsensowne zdania, może nic nie umiem. Może nie umiem żyć w tych czasach, może życie mnie przerasta, ale jedno wiem na pewno, jakie by one nie było nie zrezygnuję z niego, bo to nawet dla mnie zbyt duże tchórzostwo. 
                Świat w mojej głowie wygląda jak kolorowa bajka i w niej wolę być, na zewnątrz jest tylko ziąb, złość i smutek. Z różowymi plamami radości i szczęścia, ale nadal to tylko plamy. Dziękuję Bogu za dobre filmy i książki, za ucieczkę, bez ruszania się z domu.
                Zaczęłam czytać niedawno zbiór felietonów zebranych w jednej książce, znalazłam tam zdanie, które motywuje mnie do dziś. Nic nie muszę: mogę. Za to jestem wdzięczna. 





1 komentarze:

1.Królowa Żałość



         Czas na moje koszmary ubarwione prze zemnie szczęśliwym zakończeniem.      






                  W naszym świecie od bardzo dawna panowała Żałość, była to królowa o wiele okropniejsza niż możecie sobie wyobrazić, bo nie można było jej pokonać, nie jak normalnie pokonywało się złych władców w opowieściach. Zabierała ludziom całą ich energię, pozostawiając ich szarych i zniszczonych.  W naszym świecie, rzadko rodziły się dzieci. Ludzie nie widzieli sensu, nie czerpali przyjemności, nie śmiali się i niemal nie oddychali. Wszyscy mieli chorowitą poszarzałą cerę, lekko tłuste mysie włosy i obojętne wyrazy twarzy. Chodzili w kółko powłócząc nogami i wykonując dzień w dzień te same rutynowe czynności. Jeśli już rozmawiali, to tylko i wyłącznie na trzy tematy.
Pierwszy: Pogoda. Równie szara jak wszystko wokół. Nie padało, nie wiało, szare chmury nigdy nie odkrywały nieba i słońca, temperatura się nie zmieniała, dlatego, nie można było zbyt długo o niej rozmawiać.
Drugi: Zaginieni ludzie. Jeśli już chcecie wiedzieć, choć to okropny temat powiem wam. Ludzie nie reagowali, gdy ktoś znikał, choć dokładnie wiedzieli, że już się nie pojawi. Nic bez energii nie może istnieć, to podstawa naszego jestestwa. Ten temat ograniczał się do kilku słów. Oczywistego zauważenia czyjejś nieobecności, monosylabistycznego potwierdzenia faktu. Nic mniej nic więcej. Sucha rzeczywistość.
Trzeci: Piękno królowej. Tak, niezaprzeczalnie była ona piękna i równie okrutna. Ten temat był częsty i mimo, iż te same zdania powtarzane były w kółko w krótkich odstępach czasu, trwał długo. Tak, królowa zaiste była potężną czarownicą.  Kiedy jeszcze nie opanowała świata, chodziły pogłoski, że sama rzuciła taki czar, by rozmawiano o niej, podobno uwielbiała słuchać pochwał na swój temat.
                Co do samej królowej, na pewno znacie takie osoby, no nie do końca z tak morderczymi hobby, ale charyzmatyczne, piękne i samolubne. Z miłym uśmiechem gotowe w każdej chwili wbić wam nuż w plecy. Królowa zapewne mogłaby przeżyć bez ludzkiej energii, ale jej serce było tak zepsute, że gdy zaczynała jadła ją z czystego wewnętrznego sadyzmu, zmienił się on jednak szybko w uzależnienie. Każda emocja miała inną energię, inny kolor. Złe emocje zabarwiły jedno oko królowej na zimny niebieski kolor a dobre, te gwałtowne i wspaniałe sprawiły, że jej drugie oko było czerwone. Nikt nigdy nie opowiadał o "żywieniu" królowej. Ale energia wbrew oczekiwaniom była kleista i płynna. Mieniąca się kolorami krew duszy.
                Królowa zaczęła słabnąć po stu latach swojego panowania, zamieniała wszystkie emocje na swoją żałość, nic więc dziwnego, że w końcu i sama żałość została jej do odebrania. To była okropna energia, destrukcyjna. Królowa była jednak zbyt chciwa, żeby ją zostawić w spokoju. Ludzie nawet nie reagowali, zamknięcie w swojej skorupie żałości. W końcu nie zostało nic do odebrania. Pusty świat z głodną królową. Nie było nic. Garstka ludzi, którzy przetrwali zbyt niesmaczni by mogła na nich spojrzeć. Królowa zaczęła słabnąć, miotać się i szaleństwo zaczęło opanowywać jej umysł. Wertowała księgi magiczne w poszukiwaniu rozwiązania. Nie rodziły się dzieci, więc nie mogła ich pożreć. Nie myślała nawet by oddawać energię pożądania. To była już jej energii, a przynajmniej tak myślała. Wkrótce znalazła rozwiązanie. Wybrała młodego chłopca, najzdrowszego jakiego znalazła i młodą dziewczynę. Napoiła ich eliksirami, opanowała ich umysł klątwami, a sama coraz bardziej słabła.
                Dziecko, chłopiec, zdrowy, radosny i wkrótce martwy. Nie czekała na nic zabrała go, kiedy tylko zdążył zaznać dość emocji by mogła je zjeść. W swej pysze zaklęła go by odczuwał je jeszcze bardziej. Zaczęła jeść. Jadła... Jadła i jadła. Nie mogła oderwać swych dłoni od skroni chłopca, mimo, iż całe jej ręce skąpane były w jego energii. Nie nadążała jej połykać. Nawet ona miała limity, niestety, nie znała ich. Energii było zbyt dużo, zbyt dużo by ktokolwiek mógł ją połknąć. Ale ona jej pragnęła, więc umarła. Jej śmierć, była nawet dla niej oczywista, ale nic z tym nie mogła zrobić. Cała energia, którą połknęła, cała energia, której nie zdążyła przetrawić z bólem zaczęła wychodzić z jej ciała. Świat nagle opanowała tak radosna, chaotyczna kakofonia dźwięków, że nie jestem w stanie jej opisać. Energia wróciła do ludzi. Żałość odeszła. Zabierając ze sobą wcześniej zbyt wiele istnień, zabierając z sobą małego chłopca, wytwór jej szaleństwa. Świat znów był wolny. Bo wszystko ma kiedyś koniec i kiedyś początek. Wszystko przeplata się z sobą i nic się niczego nie trzyma. Nie warto tego roztrząsać. Warto być. Warto żyć.

1 komentarze: