Powiedzcie co jest ze mną nie tak? Uwielbiam Harrego
Pottera, mam milion zawieszonych hobby do których wracam czasami. Kocham
czytać! Naprawdę! Udzielam się w szkole, nie na płaszczyźnie naukowej, ale ktoś
musi robić dekoracje na wszystkie okazje. Uwielbiam fantastykę i wierzę we
wszystko. Wszystko. Uwielbiam mówić, rzeczy kompletnie baz sensu i to chyba
dlatego nie wpasowuję się w rodzinę. Nie zrozumcie mnie źle, kocham swój
charakter, ale przysparza mi on tyle trudności. Nie myślcie sobie wcale, że
jestem niemiła, albo coś w tym stylu. Bardziej pasowało by do mnie pojęcie,
samotniczka. Moi rodzice nie rozumieją, że nie lubię tłoku. Imprezy są fajne,
ale ile można, wolę przyjęcia w kameralnym gronie. Wszyscy w mojej rodzinie
stąpają twardo po ziemi, lubią rozmawiać i są otwarci na innych ludzi. Może
oprócz mojej siostry, bo ona też ma wyobraźnie, ale jakoś i tak się wpasowuje i
o ile moja wyobraźnia żenuje rodziców, to jej jest urocza i zabawna, według
nich. Ja mimo, iż raczej nie przejmuję się swoją opinią, nie lubię brać
aktywnego udziału w tworzeniu przyjaźni. Sama się za to nie lubię, jeśli mam
być szczera. Swoją pierwszą przyjaciółkę, poznałam kiedy byłam w drugiej klasie
gimnazjum. Była taka jak ja. Czytała książki, nie miała przyjaciół, szybko
znalazłyśmy wspólny język, ale teraz jesteśmy w innych szkołach. Nie
przeszkadza mi jeśli nie rozmawiamy od dłuższego czasu, szczególnie, że ona
rozkwitła a ja zostałam tak sama. Ma wielu nowych znajomych i ciężko mi słuchać
o tym co razem robili. Z pewnych przyczyn nie możemy się często spotykać.
Czasem chciałabym być taka jak ona. Kiedy już się spotkamy, jest tak, jakbyśmy
widywały się codziennie. W naszym spotkaniu jest tylko jeden smutny punkt. Pyta
o to co się u mnie działo, zazwyczaj to ona opowiada. Nie satysfakcjonuje jej
odpowiedź "nic", chociaż to prawda. To męczące. W tej szkole też mam
przyjaciółkę. Ona jest inna, nie oczekuje ode mnie, że będę wydzwaniała do niej
i w kółko esemesowała. Kocham ją, na
płaszczyźnie zwykłej przyjaźni.
Rodzice
mnie kochają wiem o tym, chociaż ja czasem mam ich dosyć. Mówię coś zabawnego,
coś abstrakcyjnego, magicznego dla mnie. Czasem mówię nawet moje marzenia,
plany na przyszłość. A mama patrzy tylko na mnie i mówi. :"Ty sie czasami
sama posłuchaj, jakie ty głupoty gadasz." No co to ma być ja się pytam!
Wsparcia jakiegoś potrzebuję! Najgorsze jest to, że to co dla mnie jest ważne,
co jest moim priorytetem, dla niej to bzdury. Wiąże przyszłość z pisaniem,
wiem, że musze skończyć szkołę, że nigdy nie osiągnę perfekcji, ale boję się o
tym powiedzieć głośno. Boję się odtrącenia. Jestem najstarsza, od zawsze żyłam
z odpowiedzialnością za młodsze rodzeństwo i o ile mój brat jest trochę ponad
rok ode mnie młodszy, to moja siostra zabierała w młodości cały mój czas. Ciężko
mi teraz patrząc na to, że kiedyś uważała mnie za autorytet, że robiła to co
ja, a teraz ma mnie za takiego samego odmieńca jak cała reszta rodziny. Nie
rozumieją mnie, nie potrafią przyjąć do wiadomości, że nie potrzebuję do szczęścia
chłopaka, imprez i masy znajomych. Nie rozumieją, że o wiele bardziej wolę
pisać w domu, niż tułać się po dworze ze znajomymi. Nie oczekują ode mnie zbyt
wiele i to też boli. Jakby nie mieli we mnie wiary, jakby się bali, że jeśli okażą
swoje poparcie a mi się nie uda, będę miała poczucie, że ich zawiodłam. Czasem
chciałabym ich zawieść, ale nie można zawieść kogoś, kto nie ma wobec ciebie
żadnych oczekiwań. Jasne wymagają ode mnie moralność, ale jej to akurat sama od
siebie wymagam. Nie pytają mnie o nic, tata się nie wtrąca. Z moim tatą to w
ogóle jest napięta sytuacja. Mama wyjeżdża do pracy za granicę zostawiając dom jemu.
Mówiąc jemu mam na myśli siebie. Nie mam zbyt wiele wspomnień z dzieciństwa i
kiedy krzyczałam mu w twarz, że kiedyś był inny, tak naprawdę tego nie
pamiętałam. Tak naprawdę nie chcę o tym mówić, teraz jest lepiej, tata bierze
leki, ale czasem ta złość na niego mi się przypomina i nie jest łatwo.
Najbardziej kocham moje rodzeństwo. Brata, chociaż jest nieznośny, to nie wtrąca
się i nie budzi mojej zazdrości. Siostrę, bo potrafi mnie rozbawić zawsze.
Czuje się, źle z tym, że zazdroszczę młodszej o sześć lat siostrze, ale tak
jest. Wpasowuje się w rodzinę, nie boi się rozmawiać, jest ładna. Nie macie
pojęcia jak ciężko jest o niej słuchać z ust rodziny, nawet dalszej. Ona to...
Ona tamto... Zawsze to ona jest tematem. Mnie nikt nie widzi, ale czy nie tego
chciałam?
Często
zadaję sobie te pytania, często zastawiam się, czy stanę się odważniejsza.
Marzę o tym, żeby wreszcie wydostać się z domu i iść na studia. To moja jedyna
nadzieja.
Rodzina,
nie rozumie mnie ani trochę, pozwalają mi robić co chcę a jednocześnie mnie
ograniczają, dla nich istnieje tylko "Tak" i "Nie". Jeśli
się na coś nie zgadzają nie zmienisz tego, chyba, że zaczniesz wojnę. Już jako
mała dziewczynka uciekałam z domu. Chociaż uciekałam to za dużo powiedziane,
pozwalałam im myśleć, że uciekłam, tak naprawdę chowałam się w pobliżu. Czasem
żałuję, że tylko na tyle było mnie stać. Mama obraca to teraz w żart, ale mi
się chce tylko płakać.
Moje
najgorsze wspomnienie? One wbrew moim nadzieją wcale nie wiążą się z tatą, może
to dlatego, że nigdy nie oczekiwałam od niego aprobaty. Jasne otacza go, mierny
już, autorytet, ale to matka jest przyczyną złych wspomnień. Nigdy nie zapomnę,
jak przed ciężkim egzaminem z rachunkowości miałam dość, a ona powiedziała do
mnie." Nie przejmuj się, myślałam, że i tak nie poradzisz sobie w tej
szkole." To tak bolało. Boli do dzisiaj.
Fakt dla mojego umysłu ekonomia to niezbyt dobry
wybór, ale pisze w tym roku maturę i jakoś staram się wyrwać z kręgu liczb, do
kręgu słów. Będzie mnie to trochę kosztować, ale w domu nikogo to nie obchodzi.
Czasem sama nie wiem czego ode mnie chcą. Wiem na pewno, że nie wymagają ode
mnie zbyt wiele, również ze względu na mnie, przeze mnie. Kiedy taty... choroba
się nasiliła i nie radziłam sobie z sytuacja, zaczęłam miewać ataki paniki. Ja
sama wiem, że prawdziwe były może dwa, ale to był świetny sposób, żeby
zatrzymać tatę w domu, nawet jeśli właśnie miał... atak. Kiedy mama była w domu
nie chorował. Myślę, że teraz nie chcą mnie stresować, cóż sama jestem sobie
winna.
Nienawidzę
mówić o sobie ludziom, bo wiem jak będą na mnie patrzeć, nie dość, że jestem
aspołeczna to jeszcze mam kilka fobii. Lęk wysokości, nie mam pojęcia skąd się wziął,
wiem natomiast, że boję się zejść z krzesła, kiedy na nim stanę. Wiem za to
skąd się wzięła klaustrofobia. To było w czwartej klasie podstawówki, chłopcy z
klasy zamknęli mnie w skrzyni i usiedli na wieku. Nie powiedziałam o tym
nikomu. Pamiętam, że kiedy byłam mała chciałam znaleźć przyjaciółki, ale
wszystkie po jakimś czasie mnie zawodziły, więc przestałam szukać.
Nie
wiem co chciałam przekazać, może tylko potrzebowałam się wygadać. Może umiem
tylko sklecać bezsensowne zdania, może nic nie umiem. Może nie umiem żyć w tych
czasach, może życie mnie przerasta, ale jedno wiem na pewno, jakie by one nie
było nie zrezygnuję z niego, bo to nawet dla mnie zbyt duże tchórzostwo.
Świat w mojej głowie wygląda jak kolorowa bajka i w niej wolę być, na zewnątrz jest tylko ziąb, złość i smutek. Z różowymi plamami radości i szczęścia, ale nadal to tylko plamy. Dziękuję Bogu za dobre filmy i książki, za ucieczkę, bez ruszania się z domu.
Zaczęłam
czytać niedawno zbiór felietonów zebranych w jednej książce, znalazłam tam
zdanie, które motywuje mnie do dziś. Nic nie muszę: mogę. Za to jestem
wdzięczna.

1 komentarze: